"Oddamy życie za awans" - obiecuje Iker Casillas. Przed meczem na Camp Nou część kibiców Realu Madryt nie czeka już nawet na półfinał Pucharu Króla, żądają jednak gry z podniesionym czołem.
Czy strumienie wody płynące ze zraszaczy trawy, którymi potraktowano go po półfinale Ligi Mistrzów w 2010 roku pozostaną na zawsze najsłodszym wspomnieniem Jose Mourinho z Camp Nou? Zmieniając miejsce pracy z Mediolanu na Madryt "The Special One" liczył, że częściej będzie potrafił wywoływać akty frustracji u rywali z Katalonii. Zimny prysznic powtórzył się już tylko w sensie przenośnym i znów spotkał jego samego. Z 9 meczów przeciw Barcelonie prowadzony przez Mourinho, Real wygrał zaledwie jeden. W ten sposób reputacja najlepszego trenera na świecie zawisła na włosku.
Jeśli wierzyć prasie hiszpańskiej, Mourinho znalazł się na życiowym zakręcie. Kwestionowany przez madryckie media, nawet te dotąd ślepo go popierające i coraz bardziej poróżniony z drużyną. Przeciek do "Marki" dotyczący kłótni z Sergio Ramosem po ostatniej porażce z Barceloną 1-2 sprawił, że wściekły trener znów zaczął poszukiwać nielojalnego informatora w swoim zespole. Pojawiła się nawet informacja, że mający dość borykania się z kłopotami zewnętrznymi (Barcelona) i wewnętrznymi Portugalczyk postanowił uciekać z Madrytu po zakończeniu sezonu bez względu na wszystko.
Plotki? Nie ma to teraz znaczenia. Liczy się mecz na Camp Nou, który mimo umiarkowanej stawki urasta do rangi symbolu. Czy Mourinho i piłkarze Realu odważą się powalczyć o awans, czy tylko o honorową porażkę? Czy rzucą się do odrabiania strat, czy będą wyczekiwali jak bokser w obawie przed nokautem?



